Piórka palą się tak łatwo, kot ślepnie w ogrodzie,
ostatnie spojrzenie - skowronek zamienia się w płomień.
Obora wydziela zapach letniej kuchni, delikatne oko,
im zbędna jest dokładność.
Zanim błysk zniszczy zapach pożywienia, złoży na stos
worki z ziemią i się schowa.
Wszyscy o tym wiemy, rośliśmy z tym, pielęgnowaliśmy to.
Walcząc przeciwko sobie, pozostawiając kawałki ciał na drucie kolczastym,
resztki krwi na podłodze.
Zamki i sztaby w poprzek drzwi, wychowani w przemocy,
nasze dzieci biją się w ogrodzie.
Nie chcemy zaakceptować Ziemi, mówimy o miłości, a nabijamy ją
na ostrze noża.
Kle ma naturalnej agresji, skoro powoduje śmierć,
obawiam się o piękno, gdy widzę pięść, precyzyjną rękę,
która trzyma pistolet, włada nożem rzeźniczym
lub prowadzi na śmierć wycieńczonego byka,
albo zamyka w więzieniu beznadziejnego wariata,
lub spala las jednym płomieniem i opuszcza gniazdo.
Rodzaj ludzki zabija drapieżną bestię,
zasłania się widokiem poszarpanego mięsa.
Wojskowy sen o krwi, ich słodkim winie płynącym w żyłach ludzi,
którzy pracują na nasz krwawy koniec.
Oni lecą radośnie Enolą, dają początek temu czekaniu, niepewności...
Wmawiają nam nienawiść, nie dają nic Ziemi.
Wszystko się topi, martwe koty na łące, umierające baranki beczące
w sidłach...
Trzy ostatnie dni na Ziemi, kładę się na trawniku by umrzeć.