"Ta książka to kolaż" - pisze o "Zbuntowanym życiu" Łukasz Cholewicki w recenzji, jaką opublikował anarchistyczny fanzin "Inny Świat" w numerze 24 z tego roku. Poniżej publikujemy pełen tekst recenzji.
To bardzo dobra, a momentami zła ksiązka. Crass posługiwał się często w swych pracach metodą kolażu. Ta książka to też kolaż, dlatego jest taka nierówna. Nie może zresztą być inaczej, bo jak czytamy we wstępie na jej całość złożyły się fragmenty aż 5 prac, używając terminologii muzycznej to raczej kompilacja czy składanka, niż spójne wydawnictwo. A jak na składance są momenty lepsze i gorsze. Truizmem jest pisanie o grupie Crass, czym była, co robiła i jak ważna jest do dzisiaj. Ich teksty zmieniły sposób myślenia i postrzegania świata tysięcy młodych ludzi na całym świecie, w tym kiedyś również mnie. Dyskutowało się o dwóch wizjach anarchizmu, tej związanej z Conflictem, każącej szukać wolności poprzez zgliszcza spalnoych komisariatów i tej Crassowej, wołającej "Fight war not wars". Crass był wojowniczy i pacyfistyczny, punkowy i artystyczny zarazem. Swoim pojawieniem się wywołali ogromne poruszenie i na trwałe zmienili to, co nazywamy punk rockiem. Krążyły legendy na ich temat, że ubierają się wyłącznie na czarno, mieszkają w komunie, biorą udział w tajnych akcjach anarchistycznych. Charakterystyczna czcionka, jaką pisali swoje manifesty, do dziś nazywana jest crassylicą. Książka pomoże rozwiązać kilka mitów na ten temat.
Penny Rimbaud, autor "Zbuntowanego życia", to perkusista grupy, załozyciel i właściciel domu pod Londynem (owej osławionej "komuny"), w którym mieszkali członkowie m.in. Crassu. I bardziej hippis, niz punk.
"Zbuntowane zycie" możemy podzielić na kilka części. Najciekawsze są fragmenty najbardziej przypominające "normalną" książkę biograficzną. To znaczy te, w których Penny opisuje swoje dorastanie, życie na farmie, działalność Crassu - szkoda tylko, że o niektórych sprawach Rimbaud nie pisze prawie w ogóle. Ku mojemu żalowi, rozpadowi grupy poświęca raptem kilka zdań. Pisze "Sam nie wiem, o co się pokłóciliśmy", wie za to - tu bedę złośliwy - że Jan Paweł II współpracował z CIA. W ogóle dużo jest w tej książce teorii spiskowych, dość naiwnych zresztą. Ale za to wtedy, kiedy Penny opisuje Anglię z lat 70tych, książkę czyta się jednym tchem. Wręcz czuje się duszną atmosferę wiktoriańskiego Zjednoczonego Królestwa, tak wyśmiewanego przez komików Monty Pythona. Dużą sympatię budzi sąsiad Penny'ego na farmie Billy Cragger, który właśnie mógł by być wzorem ciemniaka z pythonowskich skeczy - tego stojącego w wodzie z zawiązaną chustką na głowie i w kótkich spodenkach. Kiedy Rimbaud pisze o kulturze wolnych festiwali, narodzinach punka, początkach Crassu - od książki nie idzie się oderwać. Gorzej kiedy zaczyna filozofować i zastanawiać się nad sensem wszystkiego. Wtedy to trafiamy na kwiatki jak wspomniane CIA, że np. rewolucję bolszewicką w ZSRR w 1917 roku wygrali... anarchiści. Nie mniej interesujące jest śledzić duchowy rozwój Penny'ego, który przechodzi rózne fazy zauroczenia wolnością, sztuką i anarchizmem i często rewiduje swoje wcześniejsze przekonania.
Dużą część książki wypełniają ustępy poświęcone Wally'emu, przyjacielowi Penny'ego, który zginął w niejasnych okolicznościach. Rimbaud jest przekonany, że Wally został zamordowany (przez kogo? tajne słuzby? wywiad? lekarzy? policję? newiadomo...), nie wierzy w samobójstwo przyjaciela. Popełnił na ten temat osobną książkę, którą - bojąc się reakcji właśnie tych, którzy zamordowali Wally'ego - spalił. Jej fragmenty możemy przeczytać w "Zbuntowanym życiu". Czyta się to ciężko, przynajmniej mi, głównie przez ogromną emocjonalność tych wynurzeń... Nie wiem, może to zbyt dla mnie osobiste, a może zbyt chaotyczne i zbyt wiele w tym powtórzeń...
Ale żeby nie było niedomówień, jeśli na pytanie "Do they owe us a living?" odpowiadasz "Of cours I do!", nie ma się nad czym zastanawiać... O czym zapewnia, ubrany w spraną do granic możliwości koszulkę "Object Refuse Reject Abuse"...